Kilka prostych słów o tym, jak myślimy o swoim mieszkaniu

Może Ci się również spodoba

15 komentarzy

  1. Papix napisał(a):

    Słowo klucz – “Wspólnota”
    Problem całego współczesnego świata.
    Schodząc na grunt lokalny:
    Kim jest “Olsztynianin/ka”? Co łączy ludzi mieszkających na tych 88,33 km² przybyłych często z różnych stron województwa i kraju?
    Czy mają “wspólne marzenia”?
    Czy mają kogoś kto te marzenia umie im opowiedzieć i poprowadzić do realizacji?

    • dychadziennie napisał(a):

      A jak byś widział ten “list otwarty”? Wydaje mi się, że to jest ciekawy pomysł, mogę nawet spróbować skrobnąć draft, ale samo opublikowanie go będzie jak kulą w płot. Tylko brakuje mi wyobraźni jak można to zrobić lepiej…

  2. Edyta Tkacz napisał(a):

    Ciekawe zagadnienie. Zainspirowałeś mnie, zabiorę się za lekturę zacytowanej w tekście książki.

    • dychadziennie napisał(a):

      lekko licząc ponad dziesięć wpisów tutaj na blogu zainspirowała ta książka + dwa listy do Gazety Olsztyńskiej cytujące mięso z Montgomery’ego. W przyszłą środę będziemy omawiać “Miasto…” w gronie olsztyńskiego NGO’su, w perspektywie są też działania z miastem mające na celu przekucie zawartości książki w praktykę. Itd. Jeśli interesują Cię kwestie jakości życia – nie zawiedziesz się, serio 😉

  3. xpil napisał(a):

    Myśmy się w lutym przenieśli z miasta “na wieś”. W mieście mieszkaliśmy w bloku (niedużym, raptem trzy piętra, po dziesięć mieszkań na jeden segment korytarza) i tam się z sąsiadami nie znaliśmy prawie wcale, pomimo tego, że mieszkaliśmy tam ładnych pięć czy sześć lat. A tutaj, “na wsi”, w bliźniaku sąsiadującym z kilkudziesięcioma podobnymi bliźniakami, znamy się już z sąsiadami dość dobrze. Najważniejszy jest opisywany przez Ciebie efekt posiadania własnego “publicznego” obszaru przed frontowymi drzwiami – obszaru częściowo odgrodzonego płotem, ale jednocześnie dobrze widocznego z większości miejsc na osiedlu. Wystarczy, że po południu wyjdzie się przed dom i już można pogadać z sąsiadem “zza płota”, a przeważnie bywa tak, że się schodzą ludki z 3-4 domków, z kawką, herbatką, i gadają o dupie Maryny. I to zbliża ludzi. A jednocześnie sprawia, że czujemy się w ich otoczeniu bezpieczniej. Złodzieje i włamywacze niechętnie się pchają w takie miejsca, bo wiedzą, że zanim się dostaną do środka, zostaną zobaczeni przez setki par oczu, a ktoś na pewno zadzwoni po policję zanim w ogóle zdążą unieść łom do drzwi czy okiennicy.

    No i fajnie dla dzieciaków – dzięki dużemu wspólnemu trawnikowi gówniarze mogą się bezpiecznie wypasać w grupach. Dzięki temu nawet ci nas, którzy się przeprowadzili niedawno, po paru miesiącach są już “swoi”.

    Jakby sie komuś bardzo nudziło, tu można poczytać o perypatiach naszej ostatniej przeprowadzki. Ostrzegam, duuużo czytania: Anatomia przeprowadzki

    • xpil napisał(a):

      P.S. Gratuluję pierwszego miejsca na listopadowym podium w zBLOGowanych! 😉 Mnie tym razem w ogóle nie uwzględnili, bo znów miałem przeprowadzkę między hostingami i byłem offline przez parę dni.

      • dychadziennie napisał(a):

        Znowu jakoś dziwnie to policzyli, ne rosume 😉

        • xpil napisał(a):

          Żadne takie, urwał nać. Za fałszywą skromność grozi do pięciu lat marnego blogowania w zawieszeniu, także tego, ten.

          • dychadziennie napisał(a):

            no mówię Ci, że wg mojej matematyki punktów powinno być koło 500, a przyznali prawie 700. Chyba, że matematykę mam krzywą. Ale dziękuję, miłe to – wiadomo! Może telewizja jakaś zadzwoni i będę w końcu sławny?

    • dychadziennie napisał(a):

      Super, że napisałeś, dzięki! Prawdę mówiąc trochę myślałem o Tobie pisząc powyższe, bo czytałem (choć przyznam otwarcie: mimo dwóch prób – nie doczytałem do końca) Twoją anatomię. Ale ciekawe też dlatego, że Gehl, który o tych przestrzeniach pisze krótko i bardzo ciekawie (co stanowi jeden z lepszych wyznaczników, że ma facet coś do powiedzenia) ma realne, konkretne przykłady na takie przestrzenie. A tu, proszę, człowiek “z zewnątrz” daje przykład, że jednak taka architektura w okolicach domów sprawdza się nie tylko w książce, ale i w praktyce! Siostra mieszka pod Poznaniem w podobnym osiedlu z wydzielonymi “publiczno-prywatnymi” przestrzeniami i też zauważyłem, że działa to całkiem nieźle. Ale już np. w Olsztynie, na osiedlu szeregowców odgrodzonych jeden od drugiego płotem i wjazdami do garaży czegoś takiego nie ma: ludzie wjeżdżają do siebie, wchodzą do domu i na tym koniec. Subtelność, a jednak istotna.
      Fajnie, że tak Wam te Marynowe, niezobowiązujące kawkowe pogaduchy płyną 🙂

    • dychadziennie napisał(a):

      Piotrze,
      mam prośbę: przygotowuję małą akcję związaną z przestrzeniami publicznymi w Olsztynie. Na razie w formie draftu działań, więc nie chcę zapeszać, ale czy mógłbyś przesłać może jakieś zgrubne foty okolicy w której mieszkasz? Chodzi o to, jak wyglądają takie ogródki: czy są na nich miejsca do siedzenia, jak rozwiązano kwestie parkowania, może wspólnego placu zabaw itd. Generalnie, tak żeby jakoś wyobrazkować sobie to, o o czymm napisałeś. Dałoby radę? (Mail możesz wykorzystać ten który jest w zakładce: napisz do mnie). Byłbym bardzo wdzięczny!

  4. Jaga napisał(a):

    No tak, dobre sąsiedztwo to wymierający gatunek – po części przez nas – po części przez nich. Lubię swój dom i mam pozytywne nastawienie do sąsiadów (a oni mają różne nastawienie :))) a poprzedniego mieszkania nie znosiłam

    • dychadziennie napisał(a):

      Niewąska historia, rzeczywiście. A teraz, po kilku miesiącach, stwierdzasz, że było warto iść na betonowe noże ze staruchami-pierdziuchami?

      • Jaga napisał(a):

        o jak warto !!! Święty spokój to jest to czego mi ciągle brakowało !! Płot jest ładny a ja pierwszy raz odkąd tam zamieszkałam bez łomotu serducha wychodziłam całe lato do ogródka , własnego. Nie ich. Skończyły się krzyki i wyzywanie mnie 🙂 pozostał żal że nie zrobiliśmy tego wcześniej – na niektórych to jedyna metoda

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: