Marzenia się spełniają

Od wspólnych dzieci w piaskownicy do poufałych rozmów o urządzaniu kuchni.
Wszechokalający płot z bramą, która wpuszcza wszystkich.
Telefoniczne biznesy na balkonie.
Co dwa tygodnie ogrodnicy za osiem trzydzieści netto.
Wspólne zabawki, które znikają na weekendy i wakacje.
Poranny jogging i śmieci na klucz.

Tylko czasem ktoś po szampanie zwymiotuje na chodnik.

Poza tym jest normalnie. Po prostu normalnie.
Jak w sterylnym obozie koncentracyjnym.

Może Ci się również spodoba

10 komentarzy

  1. BabaJoga napisał(a):

    Po dłuższej refleksji, chciałam uściślić. Ludzie postanowili zamieszkać w takich zamkniętych osiedlach, ze względu na (złudne) poczucie bezpieczeństwa.
    Była taka świetna książka śmieszna, lecz i straszna (muszę kończyć, umieram) , gdzie akcja rozgrywała się na „takim” osiedlu.
    Ktoś wmówił ludziom, że powinni się bać, odgrodzić od innych. No i to jest jedna z form jaką przybiera taki strach.

    • dychadziennie napisał(a):

      Stoi w Warszawie, na Mokotowie, w miejscu, które nigdy nie miało nic wspólnego z wodą, ale nazywa się Marina. W 2005 roku opasał dwadzieścia hektarów pierwszego tak luksusowego warszawskiego osiedla. W kilkudziesięciu blokach wybudowano tu tysiąc pięćset mieszkań o wysokim standardzie. W pobliżu sztuczny staw i trochę drzew. Luksus. Mogli sobie pozwolić na niego tylko ci, którzy piętnastu lat wolnej Polski nie zmarnowali. Ale to, co naprawdę było nowe na Marinie, to szczelność zabezpieczeń. Sam płot już nie wystarczał. Część osiedla otoczona jest wysokim ziemnym wałem. Wjazdu strzegą tu kamery i ochroniarze. Osobna brama jest dla mieszkańców, osobna dla gości, którzy muszą wyspowiadać się, do kogo jadą.
      Marina Mokotów dość szybko stała się symbolem przemian, jakie zaszły w polskim społeczeństwie. Badacze rozkładali na czynniki pierwsze strukturę urbanistyczną i architektoniczną osiedla. Wskazywali na izolację Mariny od miasta, wewnętrzne płoty, które dodatkowo oddzielają mieszkańców od siebie. Zwracali uwagę, że nawet ławki są tam ustawione tak, by uniemożliwić rozmowę czy spotkanie dwóch obcych sobie osób. Dziennikarze i socjologowie kipieli oburzeniem, a do mieszkań na Marinie wprowadzali się kolejni mieszkańcy. Kłopoty zaczęły się, gdy na osiedlu otwarto pierwsze sklepy i punkty usługowe. Okazało się, że będą one dostępne także dla ludzi z zewnątrz. To nie spodobało się mieszkańcom Mariny. Pisali:
      „Bojkotujmy lokale, które otwierają się na miasto i chcą obsługiwać wszystkich”;

      „Prawdę mówiąc, jestem zły. Drobny złodziejaszek będzie mógł wejść po piwo, a przy okazji ukradnie coś z balkonu albo samochodu”;

      „Absolutnie nie zgadzam się na osiedle otwarte – nie po to zrezygnowałem z domu pod Warszawą, by ponownie zastanawiać się nad bezpieczeństwem swoich dzieci”.

      Ostatecznie więc osiedle pozostało zamknięte. Ale niedługo. W 2009 roku mieszkańcy Mokotowa znaleźli w swoich skrzynkach pocztowych ulotki zapraszające do skorzystania z kawiarni, restauracji i sklepów na terenie Mariny. Okazało się, że co piąty lokal usługowy stoi tam pusty, bo najemcy nie są w stanie utrzymać się z utargów, które zapewniali im tylko mieszkańcy osiedla. Wymusili więc zmianę. Aby jednak zrobić zakupy w Marinie Mokotów, trzeba się zameldować ochroniarzowi w checkpoincie Charlie. Tak, brama wjazdowa na osiedle naprawdę tak się nazywa.
      Zimą 2012 roku przyglądam się facetowi biegającemu dookoła kępy drzew na Marinie Mokotów.
      – Co się pan tak patrzy? – pyta, mijając mnie któryś raz.
      – Po prostu patrzę – odpowiadam.
      – Ale w jakimś celu?
      – Z ciekawości.
      – A co pana tak ciekawi?
      – Że panu tak nie nudno wokół tych drzew biegać. Strasznie dużo musi pan tych kółek zrobić, żeby mieć jakiś dystans.
      – Zazdrości pan?
      – No właśnie nie. Nie lepiej by było panu tam w parku pobiegać? Większy jest.
      – A mam wezwać ochronę do pana?
      – Przecież przez płot patrzę, z chodnika.
      – Ale to jest teren prywatny, nie można tak.
      – Nie mogę nawet patrzeć?
      – Ja wezwę ochronę, niech się pan stamtąd nie rusza.

      – F. Springer „Wanna z kolumnadą”

      Więc z pewnością jest tak jak mówisz. TEŻ. Ale każdy widzi to, co sam(a) chce zobaczyć. Springer szukał dziury aż znalazł. I pokazał „problem”, za co winszowali mu co bardziej lewicowi socjologowie i dziennikarze. Jak widzę ojca, który gada przez telefon a w piaskownicy bawi się jego dziecko, to staram się widzieć ojca, który gada przez telefon, a w piaskownicy jego bawiące się dziecko. Nie widzę u niego nerwicy. Może ludzie chcą prostych, funkcjonalnych rozwiązań i nie chce im się mieszkać na wsi lub gdzietam dla jakiejś ideologii? 😉

      Swoją drogą, wydaje mi się, że o tym samym osiedlu można napisać i pojechany reportaż i wymalować mu laurkę. Nawet ciekawe literackie ćwiczenie by to mogło być…

      • BabaJoga napisał(a):

        Aaa, to Marina faktycznie jest zupełnie inną bajką. To jest to, co niektórzy nazywają „luksusem”, przynależnością do wyższej kasty (a kasty z zasady są szczelne).

        Naprawdę ktoś Ci takim tekstem wyjechał? Jestem pod wrażeniem. Takiego socjologicznego smaczka.

        W ubiegłym miesiącu ktoś próbował, na ruchliwej ulicy, w pobliżu kamienicy w której mieszka moja znajoma, porwać jej dziecko.
        Dziecko, ośmioletnie, było dobrze rozgarnięte, nie wsiadło do samochodu, dobiegło w ulice jednokierunkową, samochód nie mógł za nim podążyć.
        Żandarmi potwierdzili, ze z roku na rok zawęża się strefa zaufania, w której można dziecko puścić samo. „Kiedyś” można było jeździć z kolegami po dzielni na rowerze. Teraz dzieci wracają do domu ze szkoły i bawią się w zamkniętych dziedzińcach.

        A z zupełnie innej beczki.
        Zapomniałam, wyleciało mi z głowy, ani ciocia Wikipedia, ani wujek Google nie chcą mi pomoc przypomnieć.
        Jak nazywa się, z socjologicznego punktu widzenia, postawa osób z pewnej grupy społecznej (powiedzmy niewolnicy w czasach rzymskich), którzy buntują się, kiedy ich panom źle się dzieje?

        (To tak w zupełnie innym kontekście. Ludzie aspirują do przynależności do wyższych klas, i utożsamiają się z nimi do tego stopnia, że godzą się na ponoszenie pewnych kosztów/ wysiłków, bo niejako wmówiono im, że to przywilej klasy wyższej, przy czym oczywiście nie czerpią z tego przywileju żadnych korzyści (No może oprócz prestiżu).
        Chodzi za mną ten temat, i zupełnie nie wiem, gdzie szukać. Kojarzysz może?

        • dychadziennie napisał(a):

          Akurat tekst jest w całości cytatem ze Springera, więc raczej dla niego to chapeau baus 😉
          A jeśli chodzi o Twoje pytanie, to… kilka słów może podpowiem bo nie bardzo wiem, o które może chodzić (jeśli którekolwiek 😉 ) Serwilizm – bezkrytyczne podporządkowanie władzy, stratyfikacja społeczna – sposób hierarchicznego uporządkowania systemu społ. Mówiąc o „dystansie” między oczekiwaniami, a działaniami używa się czasem „resentymentu” (ale to głównie Nietzsche jak o Żydach pisał ;-)). Też prof. Domański mówi o syndromie zablokowania szans, omawiając przypadek młodych, którzy studiowali i nic z tego nie mają.

          Wydaje mi się, że na tym polega „ponoszenie kosztów”. I że prestiż to dość istotne kryterium przy pretendowaniu do określonej pozycji. Trudno powiedzieć, pomyślę jeszcze… 😉

          • dychadziennie napisał(a):

            Nie wiem… Talcott Parsons rozwinął klasyczny AGIL (adaptacja, cele, integracja, latencja), potem Luhmann też sporo o tym funkcjonalizmie strukturalnym pisał… Może w tę stronę szukaj…? Robert Merton też może…?

          • BabaJoga napisał(a):

            Fajny cytat.

            Dzięki. Nie, to żadne z tych. To był na pewno syndrom, i prawdopodobnie pochodził od imienia któregoś z rzymskich patrycjuszy bo pamietam właśnie ten przykład z niewolnikami, którzy buntowali się przeciw „demokratyzujących” buntowników, którzy namawiali ich, by się zebrali w kupę i wykosili czasem niemiłościwie im panującego. I oni, przynajmniej ci, którzy w domenie mieli jakąś tam pozycję, wówczas stawali w obronie rodziny właściciela.
            A myśle o tym w kontekście podatków.
            Bo są ludzie, kiedy piłkarze czy aktorzy tacy jak Gerard Depardieu (którzy dorobili się bajecznych fortun) skarżą się na zdzierstwo podatkowe (75% dla „fortun”) , to oni ich bronią chyba głośniej niż ci, z których odprowadzano ten podatek. Jakby chodziło o ich własny portfel.
            No i o to dążenie do przynależności do wyższej klasy, o tą obronę praw „pokrzywdzonych” (celowo w cudzysłowiu) mi chodzi.

            • dychadziennie napisał(a):

              Ciekawe spostrzeżenie. Nie patrzyłem na to nigdy w ten sposób, że to może być oznaka aspiracji do wyższej klasy. Najczęściej przy takich komentarzach dłubałem w nosie i scrollowałem dalej, a tu proszę! 😀

  2. BabaJoga napisał(a):

    Nie, no, raczej jak na permanentnych koloniach dla Dorosłych (z dziećmi).
    A tak poważniej, to… dali(śmy) się nabrać. Że tak ma być i że to jest norma.
    (to takie moje spostrzeżenie, i bardzo przepraszam, jesli kogos urazilam).

    • dychadziennie napisał(a):

      Nie wiem czy sami się dali(śmy) nabrać. Obejrzałem niedawno dokument o procesie jednoczenia Niemiec i inwestycjach biznesmenów z RFN w zapadłym NRD. Pozornie temat kompletnie inny, ale spójrz na tę klatkę z dokumentu:
      http://imgur.com/a/iImYd
      To jeden z tych biznesmenów, a za nim na fotografii – jeśli się przyjrzysz – Miles Davis.
      Chodzi mi o to, że niezależnie od osobistych, prywatnych gustów możnych tego świata (tutaj: deweloperów), lokują oni swój kapitał tam (czytaj: powstają takie inwestycje), gdzie uznają, że się to sprzeda. Ja mam wniosek taki: to nie deweloperka (nam) wcisnęła takie mieszkaniowe dziwadła, ale raczej ludzie sami postanowili w nich zamieszkać.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: