Chodź na kocyk

Nie jest to pogląd zbyt popularny, ale wydaje się, że odwiedzinom w takich miejscach niemal nieuchronnie towarzyszą zwykle dwa elementy. Akcenty mogą się wprawdzie przechylać w stronę jednego elementu lub drugiego, względnie pozostać w równowadze, ale niezależnie od miasta, w którym to miejsce się znajduje (a należy przyznać, że niemal w każdym większym mieście w Polsce i na świecie takie miejsca występują) a także niezależnie od osoby, która postanawia owe specyficzne rezerwuary pamięci odwiedzić, takim wizytom towarzyszą: atmosfera dziwaczności i skrywany, dość zresztą niesłusznie, strach przed nieuniknionym.

O ile zatem każdy, kto miał w swoim życiu okazję uczestniczyć w szeroko rozumianej giełdzie staroci, mniej lub bardziej intuicyjnie wyczuwa konieczność, a może nawet łechcącą poczucie estetyki bezapelacyjność istnienia pierwszego elementu, a więc owej udzielającej się mimowolnie atmosfery dziwaczności, o tyle już towarzyszący takim wizytom strach – negatywny przecież par excellence – któremu dodatkowo odmawia się zasadności, nie zostanie pewnie przyjęty przez Czytelnika zupełnie bezkrytycznie. Chodzi bowiem o to, że wszystkich z nas bez wyjątku intrygują wąskie alejki upstrzone szpargałami, szokują nas świeczniki ustawione obok butów piłkarskich, zadziwiają patelnie obok egzemplarzy dzieł klasyków romantyzmu. Zastanawia nas ułożenie narzędzi naprzeciw konwencjonalnych pejzaży malarskich, razi stopień sponiewierania dziecięcych zabawek, fascynuje cena białych kruków. Wszystko to wspólnie przynależy więc, zdaje się, do pierwszego elementu tych unikalnych wycieczek w czasie – atmosfery dziwaczności.

Tak jak broszurowe wydanie „Ekspresu Reporterów”, a w nim fascynujący, drobiazgowy reportaż o UFO widzianym kilkakrotnie nad Mazowszem w 1983 roku.

Albo spacerująca Pani z wózkiem, ubrana w różową koszulkę z napisem „MLEKO W PROSZKU” na piersiach.

Ale już gdy patrzyłem na turystyczną pamiątkę w formie małej, góralskiej chatki krytej strzechą z grawerem „Karpacz 1964” na drewnianej podstawce, ułożoną przy kryształowej popielnicy i zestawie kieliszków zaraz obok ramek z rodzinnymi fotografiami, wyglądało to, jakby ktoś cały fajans z mieszkania starszej, zmarłej osoby zmieścił na jednym kocu. I chociaż do tej pory uważałem się za kogoś raczej skromnego i nieprzesadnie sentymentalnego, uznałem ten widok za niezbyt krzepiący. Oznaczał bowiem, że także skończę kiedyś na takim kocu.

I tak jak wizytom na giełdzie staroci towarzyszy atmosfera dziwaczności, tak kręcona podczas nich beka, czy niepozbawione protekcjonalności uśmiechy są zaledwie rozpaczliwą odpowiedzią, straceńczą i fasadową reakcją obronną na drugi element takich wizyt – skrywany, dość zresztą niesłusznie, strach przed nieuniknionym. Wszak nic nie stoi nie przeszkodzie, żebyś skończył na kocu obok mojego.

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

Może Ci się również spodoba

7 komentarzy

  1. wmig napisał(a):

    Do mnie ostatnio wraca wątek relacji z rzeczami, które mają swoją historię. Cały czas.

    • dychadziennie napisał(a):

      Masz na myśli to, że wraca do Ciebie wątek rzeczy, które mają swoją historię? Jakiś przykład może…? Czy po prostu ktoś Ci ciągle nie oddał 17 zajebistych płyt, które teraz już pewnie są warte po dwie stówki za sztukę? 😀

      • wmig napisał(a):

        He he. Trochę inaczej :D. Raczej mam na myśli stare instrumenty, które miały iluś tam właścicieli, wpadają teraz w kolejne ręce i ci muzycy jakoś to odbierają. Ja z kolei zaczynam zbierać pierwsze wydania CD z końca lat ’80 i też jakoś nad nimi myślę. To było zupełnie inne myślenie o produkcji i jakiś duch czasu jest z nimi, bo to przecież zgrywki, które miały odwzorować winyl i niekiedy są naprawdę blisko tych świętych pierwowzorów, od których każdy kolejny remaster był dalej…

        • dychadziennie napisał(a):

          Ciekawą obserwacją podzielił się kiedyś na łamach Magivangi Rafał Księżyk, zastanawiając się nad tym, jak będą wyglądały muzyczne produkcje za 10-20 lat, a więc przygotowywane przez ludzi przyzwyczajonych do odbioru muzy z komórki, na zwykłych słuchawkach lub na głośnikach z laptopa. Ostatnio słuchałem Izraela, gdzieś z okresu 89/91. Tam brud w dźwięku zwyczajnie pasował. A o instrumentach to taaak, można godzinami gadać… 😉 Dzięki za komentarz!

        • dychadziennie napisał(a):

          W „Dezerterach” na TVP Kultura wspominał też o tym Deriglasoff. O tej „historii instrumentów”. W ogóle polecam tych „Dezerterów”, jak nie miałeś jeszcze okazji. Za free na vod. Oprócz Olafa znajdziesz tam jeszcze Stankiewicza z Instant Classic, Cieślaka Maćka, Komendarka, Bryla, Budze… pisarze do tego: Brzóska, Dyjak… plejada szaleńców po prostu!

  2. Adam Madulski napisał(a):

    Wycinek czyjegoś życia widoczny w pozostałych rzeczach – choć może rzeczywiście niezbyt krzepiące, to jednak bardzo ciekawe. Mamy w sobie coś z podglądaczy.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: