Gdyby budynki mogły mówić…

…najbardziej gadatliwe byłyby te w centrum miasta, na starówce. To tacy pstrokaci gawędziarze, z których każdy ma własną, niepowtarzalną historię, tak nieprawdopodobną, że mógłby zacząć jej opowiadanie w dowolnym punkcie, a i tak była ciekawa. Obok nich znajdują się najczęściej budynki-handlowcy. Mają nie gorszą nawijkę od gawędziarzy, ale ich oprócz gadania interesuje coś jeszcze: prywatny interes. Są niesamowici w przyciąganiu uwagi, każdy równie skuteczny w łapaniu wzroku skupionego na wystawie sklepowej, zachęcającym wejściu lub choćby oryginalnym szyldzie. Są jak akwizytor ze stopą w drzwiach – raz wpuszczony potrafi sprzedać odkurzacz i antrykot w jednej promocji – prawdziwi Mistrzowie zachęty.

W okolicach centrum można też znaleźć budynki arystokratyczne. To rezerwuary wysublimowanej tradycji skrzętnie przekazywanej od dziesięcio- lub set leci, której zrozumienie wymaga przynajmniej wyciszenia telefonu. Inskrypcje, kolor cegieł, okna; każdy z ich elementów jest oddzielną fotografią i dopiero dokładne obejrzenie wszystkich składa się na „album rodzinny”. Tak jak czas, który je ukształtował tak i one wymagają od swojego rozmówcy czasu – tylko wtedy jest szansa na prawdziwie szczerą wymianę zdań.

Nieco dalej, choć wciąż w centrum, można spotkać budynki-biznesmenów. Niektóre są tak majestatyczne, że o swojej powadze informują nawet z kilku kilometrów. Są jednak inne od dotychczasowych; już nie zagadują, nie wciągają w rozmowę z przechodniem, bo taka rozmowa to dla nich strata czasu. One wyłącznie komunikują i to w skali makro – nie chcą wywrzeć wrażenia na pojedynczym człowieku, ale na ludziach, a najlepiej robi się to z pewnej odległości. Z takimi budynkami nie można się zaprzyjaźnić, zresztą nawet jeśli spróbujesz i podejdziesz bliżej przywita Cię chłód marmuru i nawiewu z obrotowych drzwi. Możesz nawet obejść budynek dookoła, ale nie znajdziesz interesujących detali z jego życia, o które mógłbyś zapytać. Są właśnie jak elegancki biznesmen w dobrym samochodzie – cieszy oko, zawstydza, fascynuje, który jednak przy bliższym poznaniu wyzna Ci, że zdradza swoją żonę lub coś w stylu. W każdym razie fałsz tkwiący w tych budynkach sprawia, że coś jest z nimi nie tak.

Spotkać też można w mieście budynki-trepy. Siermiężne, ociosane z finezją pracy robotnika, który w swoim fachu jest lub będzie kiedyś najwyżej wyrobnikiem. Zdolności komunikacyjne takich budynków-trepów są jeszcze gorsze od tych biznesowych, bo one nawet nie potrafią odpowiedzieć na najprostsze pytania. „Można mówić jak do ściany” – i to właśnie najlepiej oddaje charakter rozmowy z nimi. Są toporne i w znakomitej większości bez charakteru – można w nich czytać książkę, jeść lub nawet uprawiać sport – przyjmą wszystko i wszystkich. Trepy charakteryzuje przy tym niepozbawiona uroku cechującego ludzi prostackich arogancja, którą można streścić w zdaniu: I tak do mnie przyjdziesz, niezależnie od ilości cekinów, którymi się obwieszę.

Są wreszcie w mieście budynki-inkubatory. Przypominają katalogowe szuflady z kartkami zapisanymi drobnym maczkiem. Te kartki przenoszą się co jakiś czas z jednego regału na drugi, ale zawsze z tą samą zasadą: pozostawione miejsce po kartce musi wypełnić inna. Same inkubatory też właściwie nie rozmawiają, choć posiadają jedną, być może najbardziej interesującą cechę: mimo że równie widowiskowe w swojej jednolitości i równie zachęcające do odwiedzin co archiwum, które z roku na rok coraz bardziej obrasta kurzem, kryją w sobie gigantyczne ilości zupełnie niepowtarzalnych informacji. Musisz tylko nauczyć się alfabetu i poświęcić nieco czasu na to, aby zrozumieć działanie tego archiwum. A gdy już to zrobisz, otworzy przed Tobą absolutnie fascynujące światy.

Może Ci się również spodoba

3 komentarze

  1. Adam Madulski napisał(a):

    Pięknie. Potrafisz pisać. Będę Cię odwiedzał tutaj. Pozdrawiam

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: