Teoria muzyki

Wiesz… no można w sumie tak podchodzić do grania muzyki, że wszystkie dźwięki masz zaplanowane, rozpisane, wiesz… do ostatniej nutki. Że przychodzisz na próbę lub na koncert i odgrywasz to, co sobie ustaliłeś. W takim graniu nie ma miejsca na błąd, na Twój lepszy lub gorszy nastrój konkretnego dnia. A gdy w graniu jest ten element niewiadomej, tylko wtedy jesteś bardziej uważny i tylko wtedy może pójść ścieżką, o której byś nawet nie pomyślał, że istnieje, że jest możliwa. Zobacz, nas tutaj jest pięciu i każdy ma swój umysł. To są nieograniczone wręcz możliwości do grania. Pewnie, że możesz wszystko sobie ułożyć i zagrać utwór idealnie, perfekcyjnie, ale po co?

Może Ci się również spodoba

19 komentarzy

  1. xpil napisał(a):

    Właśnie dlatego koncerty na żywo są lepsze od chirurgicznie, sterylnie wydzierganych wersji studyjnych.

  2. Paweł W napisał(a):

    Też mi się skojarzyło z jazzem od razu. Przypomniał mi się pewien grudniowy wieczór w mojej rodzinnej Oleśnicy. Klub nazywał się Fermata. Genialny zespół jazzowy, stolik, mała salka, moja przyszła żona…

    • dychadziennie napisał(a):

      To chyba najbardziej naturalne skojarzenie. Właściwie to dość ciekawe, że pewne idee (mądrości?), chociaż rozwijane przez ludzi indywidualnie i niezależnie od siebie są takie same. Np. dokładnie to samo podejście można znaleźć w „Desperado” Księżyka, kiedy Stańko opowiada o złej nucie zagranej podczas improwizacji. Stańko wspomina przy tej okazji o Davisie, który twierdził, że nie ma źle zagranej nuty, bo o „źle” tej nuty decyduje następna. I tę samą filozofię w graniu stosuje Stańko, który uczy swoich młodszych kolegów „trzymania”, ciągnięcia złej nuty, bo ona jest naturalna i z niej można wykrzesać dokładnie tyle ile się chce i potrafi. Czyli wszystko lub nic.
      I to jest niesamowite moim zdaniem, że siedzisz w warmińskiej chacie, rozmawiasz z muzycznym wyjadaczem, który nawet na Stańko i Davisa się nie powołuje, chociaż dokładnie do tych samych wniosków doszedł.
      No nic dziwnego, że Twoja Wybranka stała się Twoją przyszłą żoną skoro ją na jazzowe wieczorki wyciągałeś 🙂

      • Paweł W napisał(a):

        Aaaa, koncert Stańko w hotelu Perła w Oleśnicy, to kolejne miłe wspomnienie.. Sam nie wiem, czemu mnie wybrała. Było wielu facetów życzących mi śmierci;)

        • dychadziennie napisał(a):

          a to ja pospamuję swoją „produkcją” sprzed kilku miesięcy, bo … no udało się Pana Tomka wziąć na spytki jak odwiedził Warszawę w październiku 2016. Jeszcze za czasów „mojego życia w Poznaniu”: https://www.youtube.com/watch?v=aHAlXR6gWLw Co ten Stańko zrobił po koncercie to się w pale nie mieści!

          • Paweł W napisał(a):

            Dobre:) Jak Ci się udało z nim pogadać? Ojciec Chrzestny był cool;)

            • dychadziennie napisał(a):

              😀
              Jak mi się udało… Podszedłem i pogadałem 😉 Chciałem usłyszeć, kto z żyjących polskich muzyków mógłby być wg p. Tomasza prezydentem Polski. Ale jak Stańko się zbierał do odpowiedzi, wybiegł manager klubu i nas srogo opierdzielił za nieautoryzowany wywiad. Więc poczekaliśmy z kumplem pod knajpą, aż p. Tomasz wyjdzie i jak już się z kolei ja zbierałem do przeprosin za „głupią sytuację” (p. Tomka od razu po ‚interwencji’ managera zabrano z powrotem do garberoby) Stańko wyjechał z taką wiązanką, że zaczynała się „opierdoliłem go strasznie”, a skończyła na „chuj pierdolony” (słowo w słowo cytuję) i „chodź tato, taksówka czeka” (słowa córki Stańki, jego managerki). Zwykły, normalny facet po prostu.

    • xpil napisał(a):

      W sensie że słuchałeś sobie spokojnie muzyki, a tu nagle Twoja żona przyszła? :>

  3. Robert napisał(a):

    Wspaniała przestrzeń jazzowa! Najchętniej na żywo, na warsztatach!

    • dychadziennie napisał(a):

      Gdzie na warsztatach? Jakich? Kiedy?!

      • Robert napisał(a):

        Nie miałem na myśli konkretnych. Ale te, które najcieplej wspominam to oczywiście coroczne na Kalatówkach 🙂

        • dychadziennie napisał(a):

          O tak! Kalatówki znam tylko z yt, może kiedyś się uda być osobiście. Swoją drogą, kiedyś słyszałem, że wśród polskich górali (nie wiem nawet czy podhalańskich) istnieje taka tradycja, która w dzisiejszej kulturze byłaby czymś w rodzaju hiphopowego beefu. W skrócie chodzi o to (tak słyszałem), że raz do roku organizowane jest spotkanie (w obrębie wioski, rejonu gór?), podczas którego można do muzycznego podkładu nawtykać wszystko, każdemu i bez względu na formę (wyzywać też można). I że takie górskie beefy odbywają się raz do roku i mają działanie bardzo oczyszczające ogólne relacje. Przyznam, że słyszałem tę historię raz i od dość wiarygodnego człowieka, ale od lat nie udaje mi się znaleźć potwierdzenia tego. Słyszałeś może coś o tym?

          • Robert napisał(a):

            Brzmi mega egzotycznie. Łażę po górach trochę, zadaję się z ludźmi, którzy też ukochali góry – ale nikt nigdy nie wspominał o czymś takim. Chętnie bym zobaczył jak to wygląda w praktyce (o ile faktycznie to gdzieś funkcjonuje).

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: