„Łańcuchy światła” w Polsce – znaczenie i siła propagandy

Zamiast wstępu

Czasem bywa tak, że idziesz do sklepu po bułki, a wracasz z zajebistą książką. Albo idziesz do knajpy na jedno, a wracasz nad ranem. Lub czytasz sobie artykuły o protestach przeciwko reformie sądów, a w efekcie dowiadujesz się, że ludziom można dowolnie prać mózgi. Tak, „prać”, dobrze przeczytałeś. Spróbuję pokazać to na przykładzie niedawnych „łańcuchów światła” tak krótko i jasno jak potrafię. Być może po przeczytaniu tego tekstu się ze mną nie zgodzisz lub zaproponujesz własne wyjaśnienie sprawy, ale w mojej opinii wyniki, jakie uzyskałem dzięki kilku zgrabnym statystycznym formułkom warte są przynajmniej chwili zastanowienia.

Mam socjologiczne skrzywienie. Lubię sobie czasem coś policzyć, zanim się wypowiem lub policzyć dla własnej wiedzy tylko po to, żeby nie musieć potem uczestniczyć w pieniackich rozmowach przy niedzielnym schabowym, piątkowej flaszce lub poniedziałkowej kawie w pracy. Zrobienie kilku słupków na własny użytek ma też tę zaletę, że poświęcenie kilku wieczorów na żmudne przegrzebywanie danych skutecznie i na długi czas chroni później przed koniecznością pochłaniania zwykle-zbyt-nadętych wywodów ukrywających pseudointelektualizm pod maską obiektywizmu. Poza tym, nie ma nic równie praktycznego niż dobra teoria, zwłaszcza gdy jest podparta kilkoma liczbami.

Od razu jednak uprzedzam, że w tekście o „łańcuchach światła” w ogóle nie będzie polityki. Nie rozumiem, nie interesuje mnie i nie zamierzam robić z Dychy partykularnego rynsztoku. Niemniej skala protestów (a przynajmniej echo, jakim odbiły się w mediach), a także ich bliska heroizmowi retoryka każą sądzić, że w ostatnich tygodniach działo się w Polsce coś istotnego, zwłaszcza z punktu widzenia protestujących.

Mnie „Łańcuchy światła” zainteresowały głównie jako fenomen społeczny. Zainteresowała mnie ich liczba, występowanie w regionach kraju, frekwencja uczestników. Za takim podejściem przemawiał fakt, że skoro akcentowano w trakcie owych wydarzeń ideały takie jak demokracja i konieczność aktywnego uczestnictwa w wydarzeniach istotnych dla całego kraju, można było sądzić, że pewnie mają swoje podłoże przynajmniej w postawach obywatelskich np. w zaangażowaniu w działania lokalne. A więc, że można się spodziewać, że liczba protestów lub ich frekwencja będzie mieć jakiś istotny statystycznie związek z odsetkiem ludzi uczestniczących w działaniach na rzecz lokalnej społeczności (gminy lub miejscowości). Otóż nie ma takiego związku. Zależność między frekwencją na „łańcuchach światła” a zaangażowaniem w działania lokalne okazała się niemal zerowa (0.041), z kolei zależność między liczbą łańcuchów w województwie a zaangażowaniem w tamtejsze działania lokalne była nawet odwrotna (-.244). W jeszcze większym skrócie można więc powiedzieć tak: im więcej odbyło się protestów przeciwko reformie sądów w województwie tym mniejsze zaangażowanie tamtejszych mieszkańców w sprawy własnej gminy lub miejscowości, albo że: im mniejsze zaangażowanie tym więcej protestów. Gupie, kontrintuicyjne, nielogiczne nawet, co nie? A jednak.

Zanim powiem skąd te liczby w ogóle się wzięły, dwie sprawy. Mogę się oczywiście mylić, ale w mojej opinii nie ma takiej monety, na którą nie dałoby się spojrzeć z dwóch stron. W związku z tym, po pierwsze, niezależnie od tego jak fundamentalnych spraw by protest nie dotyczył, istnieje tendencja do romantyzowania tego, co się robi. Po prostu każdy chciałby żyć w ciekawych czasach, a już idealnie byłoby mieć poczucie wpływu na przebieg wydarzeń, ważnych wydarzeń zwłaszcza. Po drugie, niezależnie od tego, jakich dziesiątek tysięcy ludzi nie ściągałyby konkretne wydarzenia, nierozsądne jest abstrahowanie ich występowania od tego, co już wiadomo o psychologii tłumów i używanych w zarządzaniu masami socjotechnikach. Moneta ma orła I reszkę, ok?

(źródło: Gazeta Wyborcza)

ZaKODuj to sobie – ludzie jak lemingi

Naiwnym jest więc twierdzić, że łatwo da się w wielotysięcznym tłumie utworzyć napis VETO. Naiwnym jest też twierdzić, że transparenty „Adrian, nie podpisuj” na co trzeciej manifestacji powstawały całkowicie oddolnie. Naiwnym jest wreszcie twierdzić, że do zorganizowania nośnego protestu niepotrzebne są: zgrabna i krótka nazwa protestu z towarzyszącymi jej słowami kluczowymi, łatwe do zdobycia rekwizyty, a także kawał rzetelnie wykonanej pracy w internetach. Proszę, spójrz na te cztery screeny poniżej; zrobiłem je w trakcie przeszukiwania artykułów o protestach w Myśliborzu, Myszkowie, Oleśnie i Sochaczewie. Z tych czterech miejscowości tylko Sochaczew leży w województwie mazowieckim, nie przeszkadzało to jednak stronie mazowieckiego KOD-u wyświetlać się prawie na początku Googla. Pozycjonowanie stron nie jest przecież darmowe. No bo przypadkiem strona KOD-u tak wysoko się znalazła?

 

Nie chcę być odebrany jako cynik i nie umniejszam znaczenia, jakie protesty miały dla ich uczestników, ale hola hola. Sam biegałem kiedyś po ulicach wesoło skandując to i tamto, by na sam koniec podczas mało przyjemnego przeszukania dowiedzieć się, że od kilku godzin spacerowała obok mnie Pani ze służb specjalnych. Komuś może się wydawać, że pokrzyczy kilka haseł i wróci do domu w poczuciu dobrze spełnionego obywatelskiego obowiązku, ale nie da się też nie zauważyć, że nawet na Politechnice Poznańskiej, a więc na uczelni, która z sądami i debatami nad teorią demokracji ma niewiele wspólnego, wykłada się mechanikę płynów i podaje studentom jako przykład modelowanie ruchów mas ludzkich podczas protestów. Wniosek? W nawet najbardziej wzniosłe transparenty wpleciona jest jakaś logika. Sorry, ale przy całej naszej wysublimowanej przynależności do homo sapiens jesteśmy też lemingami.

Od dyktatury do popkultury i z powrotem

Mobilizowanie mas ludzi, organizowanie środków na przeprowadzanie protestów, animowanie wydarzeń – to wszystko i pewnie więcej ma w sobie oczywiście elementy nieprzewidywalne, zaskakujące, ale nawet największy i najbardziej zdeterminowany tłum potrafi się srogo nudzić, gdy z głośników będą padać słowa nieadekwatne, przemówienia będą zbyt długie lub charyzma liderów nie będzie wystarczająca. Zaryzykowałbym nawet i powiedział, że im większy tłum tym większe wymagania stawia jego organizatorom. W tym sensie, organizowanie demonstracji, obalanie rządów mają swoje nieprzewidywalne, ale i racjonalne elementy. Są nawet książki o tych racjonalnych elementach, wystarczy, że kupisz na przykład „From dictatorship to democracy” G. Sharpa (dostępna na enbooku tutaj). Kosztuje 32 zł + wysyłka. Tam zostało wytłumaczone wiele, co jest konieczne do stworzenia skutecznej manifestacji/protestu/rewolucji. Potrzebne są więc do tego m.in.:

– opracowanie jednolitej kolorystyki protestu („purpurowa rewolucja” w Iraku, „pomarańczowa rewolucja” na Ukrainie, „niebieska rewolucja” w Kuwejcie, „jaśminowa rewolucja” w Tunezji, „szafranowa rewolucja” w Birmie, „zielona rewolucja” w Iranie);

– przygotowanie łatwo dostępnych rekwizytów („rewolucja goździków” w Portugalii, „rewolucja róż” w Gruzji, „tulipanowa rewolucja w Kirgistanie”, „dżinsowa rewolucja” na Białorusi, „rewolucja słoneczników” w Chinach);

– stworzenie formalnych oświadczeń (treści wystąpień publicznych, listów otwartych, indywidualnych lub zbiorowych deklaracji poparcia, masowych petycji);

– prowadzenie komunikacji z opinią publiczną (slogany, karykatury, symbole, plakaty, ulotki, pamflety, książki, audycje radiowe, programy telewizyjne, napisy na niebie [skywriting], napisy na ziemi [earthwriting]);

Książka Sharpa jest też dostępna za free w wersji audio (choćby pod tym linkiem). W rozdziale 12. The methods of nonviolent action można sobie nawet sprawdzić/porównać, które z metod zostały w protestach przeciwko reformie sądownictwa wykorzystane. Jest ich łącznie kilkanaście, cztery z nich wymieniłem wyżej. Slogany z Adrianem, który ma nie podpisywać nie pojawiały się w końcu same z siebie – politycznych memów nie robią przecież znudzeni gimnazjaliści. Określenie „spontaniczny protest”, obecne prawie na wszystkich manifestacjach, również nie pojawiło się… spontanicznie. Geneza i powstawanie tych wszystkich grafik, symboli, świeczek, minut ciszy, odśpiewywań hymnów to w końcu żadna tajemna wiedza, skoro nawet ESKA przygotowała szablony na protesty. Gry wideo o robieniu rewolucji też są. Kiedyś taka jedna nazywała się A force more powerful, teraz w wersji na nowsze komputery funkcjonuje pod nazwą People Power – The Game of Civil Resistance. Fajna, dawniej nawet trochę grałem, ale szybko mi zabijali rewolucjonistów.

Jak liczyłem liczbę protestów

Do sprawy protestów podszedłem zatem najporządniej jak potrafiłem, czyli zacząłem od hipotezy. Brzmiała ona następująco: Frekwencja na protestach jest większa w dużych miastach niż w mniejszych. Innymi słowy, założyłem przed analizą, że im większe miasto tym większy odsetek ludzi będzie tam protestować. Po drugie, interesowało mnie w których województwach protestowano najwięcej.

Jako punkt wyjścia potraktowałem mapę protestów w sprawie reformy sądów stworzoną przez redaktorów serwisu BIQdata (którym przy okazji bardzo dziękuję za celne uwagi w trakcie tworzenia mojej własnej mapy). Nanieśli oni (na ile było to możliwe) wszystkie planowane w Polsce protesty. Przygotowana lista zawierała blisko 250 miast i miejscowości, w których będą gromadzić się ludzie. Usiadłem więc i zacząłem szukać relacji z tych miejsc. Najczęściej wklepywałem w Google kilka następujących fraz: „[nazwa miasta] protest sądy”, albo „łańcuch światła w [nazwa miasta]”, albo „[nazwa miasta] łańcuch światła protest sądy”. W ten sposób przeszukiwałem lokalne i ogólnopolskie gazety, a także materiały wideo wrzucane na YouTube. Korzystałem też z fotorelacji na Facebooku. Sam byłem na jednym proteście w Olsztynie i tam dominowały osoby starsze – zapewne nie korzystające z tej sieci społecznościowej – więc posiłkowanie się informacjami, że „Krzysiek weźmie udział w wydarzeniu” byłoby mało wiarygodne. Z kolei dobrej jakości zdjęcie kilkuosobowego tłumu pozwalało niejednokrotnie nawet na „ręczne” policzenie liczby uczestników danego protestu. Wiele miejscowości trzeba było z pierwotnej listy BIQDATA usunąć, bo nie było relacji z protestu (Działdowo, Gostyń, Biskupiec, Grójec, Hajnówka, Kamień Pomorski, Kluczbork, Kolbuszowa, Koło, Kostrzyn, Krzeszowice, Lesko, Łobez, Międzyrzecz, Myszków, Mysłowice, Oleśno, Oława, Przeworsk, Radziądz, Ropczyce, Siewierz, Sochaczew, Stalowa Wola, Szczytno, Trzcianka, Tarnobrzeg, Wieliczka). Nieraz w lokalnej prasie ukazała się relacja z protestu, ale szacunki liczby uczestników były zbyt ogólne. Przykładowo, w Tarnobrzegu była mowa o „kilkuset osobach” na proteście, ale nie podano dokładnych danych i nie umieszczono wiarygodnych zdjęć, dlatego siłą rzeczy musiałem to miasto z listy usunąć. Kilka miast do wyjściowej listy dodałem (Nowe Miasto Lubawskie, Kościan, Ruda Śląska itd.).

Przypadki co bardziej bekowych materiałów zawsze należą do weselszej części takich researchowych rozkminek. Przykład Gorlic pokazuje jednak, że opieranie się przy szacowaniu liczby protestujących na określeniach „kilkadziesiąt”, „setki ludzi” nie miało większego sensu. Coś jednak trzeba było określić, dlatego gdy mowa była np. o „ponad stu uczestnikach”, przyjmowałem liczbę 120. Jeśli szacunki mediów wynosiły „od 300 do 400 osób” przyjmowałem wartość środkową – 350. W trakcie przeszukiwania relacji z protestów zauważyłem też, że im więcej zwolenników przyciągał, tym większe były rozbieżności w szacunkach. Przykładowo, w Warszawie na jednym z protestów miało być wg policji ok. 14 tys. osób, natomiast wg organizatorów było to 50 tys. Z kolei we Wrocławiu na proteście pojawiło się 10 tys. ludzi, choć szacunki policji wyniosły 6 tys.

Gdzie protestowano i ile – ogólnopolska mapa „łańcuchów światła”

Osobną kwestią była liczba protestów w jednym mieście, problematyczna zwłaszcza w dużych aglomeracjach. W zdecydowanej większości tam, gdzie protesty odbywały się raz, dominowały relacje z 21 lipca (piątek). Ale przykładowo w Gnieźnie były wtedy dwie trasy przemarszu – w takich przypadkach liczbę uczestników obu wieców liczyłem łącznie. Ponadto, być może najistotniejsze, zastrzeżenie: w analizie zarówno liczby protestów jak i frekwencji na nich interesował mnie wyłącznie peak liczby uczestników i to tylko z jednego dnia. Zatem jeśli np. w Dębicy raz mówiło się o 50, drugiego dnia o 60 osobach – brałem 60. Z kolei w Chrzanowie w niedzielę przyszły na protest dwie osoby, w środę trzydzieści, w czwartek – 90. Uznawałem liczbę 90. Z drugiej strony nie wszędzie i nie zawsze też frekwencja była coraz wyższa w kolejnych dniach. W Chodzieży więcej osób protestowało za pierwszym niż za drugim razem. Poza tym, jeśli najwięcej ludzi zgromadziło się we Wrocławiu w piątek (21 lipca), a znalazłem z tego dnia trzy szacunkowe liczby protestujących, wówczas średnia wartość z nich stanowiła o frekwencji protestów we Wrocławiu. Ok, rozumiem, że w takiej Warszawie, Poznaniu, Gdańsku czy właśnie Wrocławiu protestowano nieraz ponad tydzień, stąd zamiast policzyć protest za jeden powinienem pewnie zaliczyć ich, dajmy na to, siedem. Ale, po pierwsze, mimo zmieniającej się w kolejnych dniach frekwencji na protestach, spora część uczestników pojawiała się na nich kilka razy, a po drugie, relacje medialne były nieraz tak chaotyczne, że strzelanie z liczbą protestów w mieście X byłoby jeszcze większym nadużyciem z mojej strony. Poza tym nie jestem masochistą i też mam swoje życie prywatne – kiedyś też trzeba spać, zamiast gapić się w tabelki. Najgorzej to zrobić z siebie statystyczne ą-ę i w efekcie wylać dziecko z kąpielą.

Ostatecznie analiza miast i miejscowości, w których odbyły się udokumentowane sensownie protesty przeciwko reformie sądów zawierała 162 przypadki protestów umieszczonych poniżej. Można sobie poklikać, polecam.

Mapa z miejscami protestów z pewnością może robić wrażenie. Wszak wszystkie elementy widziane jednocześnie działają na wyobraźnię dużo bardziej niż widok pojedynczego miejsca. Na uwagę zasługuje jednak liczebność „łańcuchów” – w ciągu tych kilku(nastu) obfitujących w wydarzenia dni na manifestacjach przeciwko reformie sądownictwa zebrało się łącznie blisko 110 tys. ludzi. (109 182). Z pewnością też tego rodzaju fotki nie przeszkadzają w prezentowaniu protestów jako mobilizujących istotne, warte uwagi masy ludzkie:

Wśród pierwszych dziesięciu miast, w których protestowało najwięcej ludzi znalazły się (odpowiednio): Warszawa, Wrocław, Gdańsk, Kraków, Poznań, Gdynia, Katowice, Łódź, Toruń i Opole. Tylko w tych miastach protestowało łącznie blisko 89 tys. osób. I tu pojawia się „ale”, bo o ile widok świecących masowo smartfonów, udramatyzowanych aktów usunięcia przez policję niewinnie wyglądającej pani i równie niewinne twarze dzieci na protestach potrafią skutecznie stworzyć obraz istotnego społecznie wydarzenia, o tyle należy pamiętać, że to jedynie jeden ze sposobów jego przedstawiania. 110 tys. protestujących osób brzmi bardzo poważnie, warto jednak też powiedzieć, że liczba tych osób stanowiła niecały procent wszystkich mieszkańców miast, w których odbywały się protesty. Odsetek protestujących mieszkańców w stosunku do liczby wszystkich mieszkańców tych miast wyniósł dokładnie 0,71%. Co więcej, protesty wcale nie gromadziły tłumów, jak miało to miejsce w kilkunastu większych miastach w Polsce. Typowy protest przeciwko reformie sądów składał się z grupy 30 osób – to, w wyliczeniu statystycznym, było wartością występującą najczęściej – dominantą statystyczną. Liczby pokazują więc, że gdyby relacje z protestów były rzeczywiście adekwatne, proporcjonalne do skali, o jakich opowiadały lub też (jeśli ktoś woli górnolotne uogólnienia) prezentowały manifestacje z właściwym dla siebie „obiektywizmem”, powinniśmy raczej trafiać na doniesienia o małych grupkach skandujących kilka haseł o wolności i niezawisłości sądów. Jaki obraz protestów zrodziłby się wówczas w głowie czytającego o zgromadzeniu takim, jak poniżej? Co gdyby w mediach pojawiały się takie fotorelacje jak poniższa? Wszak 89 tys. ludzi zebrało się w tylko dziesięciu miastach; 152 to więcej niż 10 i co? I nic.

Dłubanie w protestach doprowadziło mnie do wyniku, że frekwencja na nich, a więc odsetek uczestników protestów w danym mieście była dodatnio i w sposób istotny statystycznie skorelowana z wielkością miasta. Mówiąc po ludzku, udało mi się potwierdzić wyjściową hipotezę, że im większe miasto tym większa była tam frekwencja „łańcuchów światła”. Ponadto, w miastach wojewódzkich protestowano średnio bardziej aktywnie niż – generalnie – w całej Polsce (średnia frekwencja dla miast wojewódzkich – 0,83, przy średniej 0,71 w całym kraju). W większości miast wojewódzkich frekwencja była też wyższa niż w całym województwie. Odwrotną sytuację odnotowano natomiast w Białymstoku, Lublinie, Rzeszowie, Szczecinie i Lublinie. W tych pięciu przypadkach na terenie województwa protestowało procentowo więcej osób niż w ich stolicach. Jeśli chodzi o samą liczbę protestów, najwięcej „łańcuchów światła” zorganizowano w Wielkopolsce (22 protesty), na Śląsku (18) i w Małopolsce (15). Najmniej protestów zorganizowano na Podlasiu i w Lubuskiem (po 4) – na dwóch przeciwległych końcach Polski.

Protesty w największych miastach

Nie do przecenienia jest znaczenie, jakie dla całej akcji „łańcuchów światła” miały duże ośrodki miejskie. To tam zbierało się najwięcej ludzi, tam występowały największe różnice w szacunkach liczby uczestników protestów, tam też – w zestawieniu z mniejszymi miejscowościami – odczuwalna była ich rola jako kreatorów tego, bądź co bądź, masowego zjawiska społecznego. Każde duże miasto mogłoby pewnie stanowić oddzielny przypadek do głębszej analizy, różnie bowiem kształtowała się tam także dynamika „łańcuchów”, ich frekwencji itd.

W Gdańsku peak frekwencji przypadł na 20 lipca (czwartek), kiedy to protestowało około 10 tys. osób (źródło). 18 lipca było ich około tysiąca (źródło), przez następne dwa dni coraz więcej. W piątek na manifestacjach było już 5-6 tysięcy osób (źródło).

W Katowicach najwięcej osób pojawiło się 21 lipca (piątek) – 2 tys. (źródło). Protesty zaczęły się tam już w niedzielę (16 lipca) (źródło), w sobotę natomiast (22 lipca) po peaku mowa jest już o „kilkuset osobach” (źródło, źródło).

W Krakowie intensywne protesty rozpoczęły się we wtorek (18 lipca) (źródło). W czwartek (20 lipca) jest już mowa o „kilku tysiącach (źródło, źródło). W serwisie TVN mowa jest, że tego dnia protestowało w stolicy Małopolski ok. 15 tys. (źródło). Uśredniłem tę wartość do 10 tys. jako że pozostałe źródła mówią o „kilku tysiącach” właśnie. W niedzielę (23 lipca) znów podaje się tę szacunkową liczbę kilku tysięcy (źródło). Protesty w Krakowie zakończyły się w środę i trwały 10 dni (źródło).

W czwartek (20 lipca) kulminacja frekwencji miała też miejsce w Łodzi, kiedy to na Placu Dąbrowskiego protestowało ponad 2 tys. osób (źródło). Relacja TVN z protestów też mówi o ok. 2 tys. manifestantów (źródło), uznałem jednak liczbę podawaną przez lokalne media (2,2 tys.). Analogicznie też protesty rozpoczęły się tam we wtorek (18 lipca) i są zapowiadane, że będą trwać nadal, już pod siedzibą partii Prawo i Sprawiedliwość (źródło).

W Poznaniu protesty trwały przynajmniej 8 dni (źródło, źródło) – od niedzieli (16 lipca), kiedy to zgromadził ok. 4 tys. ludzi (źródło). Kulminacja protestów nastąpiła w czwartek (18 lipca), gdy na zgromadzeniu zebrało się ok. 10 tys. osób (źródło). Łańcuchy światła odbywały się początkowo na pl. Wolności, z racji braku miejsca przeniosły się później do Parku Kasprowicza (źródło), gdzie zakończyły się w poniedziałek (24 lipca) (źródło). Biorąc pod uwagę dużą rozbieżność w szacowaniu pomiędzy lokalnymi serwisami (ok. 10 tys.), a ogólnopolską relacją TVN (która mówi o ok. 5 tys. uczestników) uznałem, że peak dla Poznania wyniósł 9 tys. osób.

Protesty we Wrocławiu rozpoczęły się w niedzielę (16 lipca) i zebrały ponad tysiąc osób (źródło). Protesty miały miejsce pod gmachem sądu na Podwalu, następnie przenosiły się na Rynek Główny. We wtorek (18 lipca) ponownie zgromadziły podobną liczbę, Komitet Obrony Demokracji mówił o 2,5 tys. osób (źródło). W piątek nastąpiła kulminacja protestów, kiedy to uczestnicy mówili nawet o 10 tys. zgromadzonych (źródło). Szacunki organizatorów podawały z kolei 20 tys. (źródło), dlatego uśredniłem tę liczbę do 15 tys. ludzi. Protesty zakończono w środę (26 lipca) (źródło).

Dwukierunkowa propaganda

Nie można też bagatelizować genialnego w swojej prostocie pomysłu na samą nazwę wieców. Wszak skoro „łańcuch” ma swój początek, ma też swój koniec. Gdzieś się zaczyna, dlatego można mówić o jego zasięgu, kontynuacji itd. Stąd często można było w relacjach medialnych spotkać określenia o tym, że „Olkusz też dołączył do grona miast”, że „w Helu ‚też’ trwa protest”, że „Koszalinianie przyłączają się do…”, że „łańcuch światła dotarł do Brzegu” lub że „podobnie jak w pozostałych miastach tak i w…”. Przeglądając doniesienia z kolejnych miast można było też zauważyć nadzwyczajnie wysoką jak na liczbę mieszkańców frekwencję protestów w miejscowościach takich jak Jurata, Giżycko, Hel, Augustów czy Wejherowo. Jeśli o rekord frekwencji na proteście, Jurata pobiła wszystkie pozostałe miasta w kraju na głowę – protestowało tam w którymś momencie ponad 166% mieszkańców. To – generalnie – wskazuje na nieco wakacyjny/turystyczny profil niektórych protestów.

Jakby nie było to właśnie rozkmina nad największymi miastami przywiodła mi na myśl pewien pomysł. Zaraz, zaraz – pomyślałem. – Duże różnice w szacunkach liczebności „łańcuchów” między mediami a policją dają się do pewnego stopnia tłumaczyć trudnością w ocenie wielkiego tłumu. Niecodziennie też widzi się na żywo takie tłumy na ulicach. Jednak dopiero ten artykuł na stronie TVN24 (źródło) o liczebności protestów w największych polskich miastach dał mi bardziej do myślenia. Nawet porównaniu z lokalnymi mediami, nawet wyraźnie sympatyzującymi z ideą protestów, artykuł TVN24 wskazywał wyraźnie wyższe liczby protestujących. A może tak sprawdzić czy istnieje zależność między oglądalnością danej stacji telewizyjnej w określonym województwie a liczbą tamtejszych protestów? Szybko znalazłem dane o oglądalności „Wiadomości” i „Faktów” z ostatniego półrocza wg wszystkich szesnastu województw i zestawiłem je z liczbą protestów.

Policzyłem. I zmroziło mnie. Okazało się, że związek pomiędzy oglądaniem „Faktów” a liczbą protestów jest nie tylko dodatni (im większa widownia „Faktów” tym więcej protestów”), ale i że związek ten jest istotny statystycznie (przy progu istotności 0,10). Oznacza to, że z 90% pewnością można powiedzieć, co następuje:
im więcej ludzi oglądało w ostatnim półroczu „Fakty” tym większa była szansa na zorganizowanie protestu
– im więcej było protestów w województwie, tym więcej też osób oglądało tam „Fakty”

Następnie sprawdziłem, czy istnieje związek pomiędzy oglądaniem w ostatnim półroczu „Wiadomości” a liczbą protestów w odpowiednim województwie. Tym razem tendencja była odwrotna i TAKŻE istotna statystycznie. Oznacza to z kolei, że:
im więcej ludzi oglądało w ostatnim półroczu „Wiadomości” tym mniej było w danym województwie protestów
– im mniejsza była wola na organizowanie protestów, tym więcej ludzi oglądało „Wiadomości”.

Nie wierzysz? Spójrz sam.

W województwach oznaczonych na czerwono związek pomiędzy oglądaniem konkretnych programów informacyjnych był największy.

Ja, co mogłem – zrobiłem. Wyciągnięcie wniosków pozostawiam już Tobie.

Może Ci się również spodoba

6 komentarzy

  1. Raad napisał(a):

    Bardzo ciekawy tekst, wrzuciłem nawet linka na portal dla elity internetu. Dowiedziałem się, że użyto to metody pseudonaukowej, żeby leczyć swoje kompleksy. No cóż, bywa.

  2. Adam Madulski napisał(a):

    To będzie trywialne, ale mnie najbardziej z tych protestów utkwiła w pamięci K. Janda czytająca Konstytucję i akcentująca każde słowo trzepnięciem głowy – to było tak absurdalne, że przyprawiło mnie o atak śmiechu.
    Bardzo ciekawy artykuł.

    • dychadziennie napisał(a):

      Polecam „Społeczeństwo spektaklu” Deborda. Bardzo inspirujący tekst przy kontakcie z medialnymi doniesieniami – niezależnie od tematu lub czyichś poglądów politycznych.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: