Na wszelki wypadek partycypuj

Dzisiejsze rządzenie miastem nie polega już tylko na tworzeniu miejsc pracy. Polega na włączaniu w decydowanie o mieście także jego mieszkańców, czyli na ich partycypowaniu. Świat skomplikował się, czyli zdywersyfikował, a ludzie upodmiotowili się, czyli stali się bardziej samodzielni. Tak uczą nas rozmaite agendy, czyli różne krajowe i międzynarodowe dokumenty.

Justyna Król poznała te agendy podczas swojej trzyletniej pracy w ONZ. Następnie wróciła do rodzinnego Konina i postanowiła coś w swoim mieście zrobić. Założyła Pracownię Miejską. Szybko udało jej się skrzyknąć grupę lokalnych influenserów, czyli rozpoznawalnych i wpływowych w Koninie osób, z którą zaczęła przygotowywać foresight, czyli możliwe scenariusze rozwoju miasta. Ambitny pomysł Justyny był następujący: ponieważ rzeczywistość ciągle się zmienia, należy spróbować ją przewidzieć. Najlepiej do 2050 roku, bo data okrągła i perspektywa daleka.

Justyna Król poszła z pomysłem do prezydenta Konina, ale nie dostała na przygotowanie foresightu złotówki.

– Nowicki to jest chyba ostatni w Polsce prezydent dużego miasta wywodzący się ze struktur SLD – tłumaczy młody radny Konina. – Wykształcony w latach 70. w Moskwie, trzykrotnie był posłem w III RP. Zresztą, nawet jak pracował w Sejmie to prezydentem Konina był wtedy facet, który prowadził jednocześnie Nowickiemu biuro poselskie. Konin to jest miasto od lat zarządzane przez jednego człowieka, więc po co chcieć cokolwiek zmieniać? Lepiej zostawić i nie ruszać. Byle nie zepsuć – podsumowuje radny.

Justyna Król przygotowała jednak foresight. Zajęło jej to półtora roku.

– Normalnie taka ekspercka analiza kosztuje kilkadziesiąt tysięcy złotych, a tu jaki był efekt? Foresight pokazano nam na obradach Rady Miasta, ale jego treść nawet nie weszła do strategii miejskiej. Wątpię, żeby ktokolwiek przeczytał to w całości.

Obeznani z agendami społecznicy z całej Polski nie ustają jednak w próbach wdrażania, czyli implementacji nowoczesnych rozwiązań. Na każdym szczeblu czuć zachodni ich powiew. Na tym najniższym prym wiedzie dr Wacław Idziak, socjolog i twórca polskich wsi tematycznych. Idziakowi, który tak jak Justyna Król dobrze poznał międzynarodowe agendy, chodzi o to, żeby ludzie na wsi przestali myśleć hektarami, a zaczęli myśleć symbolami. Dr Idziak twierdzi więc, że prawidłowe myślenie prowadzi do stworzenia projektu, a projekt musi mieć określonego odbiorcę, czyli być dobrze stargetowany. To dzięki działaniu dra Idziaka, czyli jego interwencji w lokalny system społeczny, Sierakowo z PGR przekształciło się w Wioskę Hobbitów, gdzie gołąbki kapuściane można kupić jako gołąbki Bilbo Bagginsa. Józef Pusz, dawniej ślusarz narzędziowy, jest więc po interwencji dra Idziaka wioskowym Trollem, a brat Pusza – Gollumem. Przebranżowił się też Naczelnik OSP w Sierakowie, Stefan Kłos, który od kilku lat jest krasnoludzkim kowalem.

Inne sukcesy dra Idziaka to przekształcenie Podgórek w Wioskę Bajek i Rowerów, Iwięcina, które stało się Wioską Końca Świata czy Paprot – w Wioskę Labiryntów i Źródeł. Wieś, która jeszcze kilkanaście lat temu zajęta była gospodarką rolną, teraz dzięki Idziakowi zajęta jest gospodarką doznań. Wszystkie wsie tworzą razem cluster, czyli są powiązane tematycznie.

W małych i średnich miasteczkach też jest agendowo. Ełk, który obok przetargu na wyłapywanie bezdomnych psów i udzielenie kredytu z tytułu długu na 6 mln złotych do 2026 roku, organizuje przetarg na zatrudnienie kilkudziesięciu Streetworkerów, czyli osób, których zadaniem jest „poznanie problemów środowiska lokalnego i możliwości działania” (link). Streetworkerzy współpracują z Superwizorami, czyli osobami, które „wyjaśniają wątpliwości w związku z wykonywaną na rzecz projektu pracą Streetworkerów” (link). Ponadto, w Ełku organizowana jest też Szkoła Liderów Miast, których celem jest partycypacyjna, czyli uspołeczniona diagnoza lokalnych problemów. Taką samą zorganizował u siebie Mielec. Wszystko odbywa się pod nadzorem Dagmary Gortych, animatorki i edukatorki; Pawła Krzywickiego – coacha ICF z akredytacją ACC, a także Justyny Król – facylitatorki, specjalistki od zgrywalizowanych konsultacji społecznych i autorki szufladowego foresightu dla Konina (link).

Siedem lat wcześniej (2010) na świat wychodzi książka „Koszmar Partycypacji”, gdzie na czwartej stronie jej autor, młody niemiecki architekt pisze, że „partycypacja nie wybawi nas od wszelkiego zła, bo naiwnie zakłada się w niej, że ma ona związek z jakimś społeczno-demokratycznym protokołem głoszącym, że w egalitarnym społeczeństwie każdy głos ma tę samą wagę” i że protokół ten „jest notorycznie wykorzystywany przez ludzi żądnych politycznej legitymizacji”. Czyli, że partycypacja, wbrew pięknym słowom, jest w praktyce kontrproduktywna.

– Partycypacja? W Koninie na konsultacje społeczne przychodzi ciągle tych samych dziesięć osób – wyznaje młody radny. – OK. Na konsultacje w sprawie budżetu przychodzi dwadzieścia. Jak ostatnio rozmawiałem z prezydentem, że trzeba obniżyć ludziom podatek od nieruchomości, powiedział, że nie ma pieniędzy. I że w ramach oszczędności mógłby z miejsca wyrzucić 1/3 urzędników, tylko co on potem z tymi wszystkimi ludźmi zrobi?

Nie wszędzie pieniądze są problemem, zwłaszcza w dużych miastach, gdzie międzynarodowe agendy poznali już nawet urzędnicy miejscy. W łódzkiej Pracowni Urbanistycznej od jakiegoś czasu intensywnie myśli się więc metodą design-thinking, czyli intensywnie myśli się metodą projektową. To metoda od lat stosowana z powodzeniem w światowych firmach, a zaszczepiona do zarządzania miastem skutkuje na przykład tym, że łódzkie ławki projektuje się już nie tylko użyteczne, ale też ładne. Lub odwrotnie. Tak twierdzi Aneta Tomczak, z-ca dyrektora Miejskiej Pracowni Urbanistycznej (link). W Olsztynie design-thinking lansują, czyli reklamują na razie głównie pracownicy uniwersyteccy. Na przykład dr Piotr Wasyluk, filozof UWM, który tłumaczy, że nadzieja tkwi w design-thinking, bo design-thinking oznacza ciągłe pytanie ludzi o to, czego potrzebują. I że design-thinking uchroni mieszkańców Olsztyna przed zabetonowaniem całego jeziora Krzywego, bo w design-thinking liczą się ludzie. (link)

Tak jak w ekologii, w niej też chodzi o coś szczytnego. Tak mówią międzynarodowe agendy. I tak mówi sklepikarka w warzywniczym, gdy pytam o różnicę między marchewkami podpisanymi „marchew”, a marchewkami podpisanymi „marchew eco”

– Bo te drugie, jak Pan widzi, nie są szorowane tymi chemikaliami i dlatego są takie brudne.

Wziąłem te „eco”. Na wszelki wypadek.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: