Historia pewnego wywiadu

Kilka razy w życiu postanowiłem coś powiedzieć mediom. I zawsze to było dziwne doświadczenie. Śmiesznie jest udzielać wywiadów, bo z 50-minutowej rozmowy, jak z puzzli, dziennikarz i tak układa sobie własny obrazek. Bo czasem dokłada własne klocki, które nie dość, że nie pasują, to jeszcze są w zupełnie innym kolorze niż Twoje. Np. te o „psuciu sobie dobrego życia złymi wiadomościami.” Albo te o ustawie o zgromadzeniach, sędziach i jakichś gimnazjach. Nawet nie wspominałem o takich klockach, a są. I tworzą zupełnie inny sens.

„Nie mam telewizora” to jedno, ale teraz dodatkowo wiem, że w najbliższym czasie nie opłaca się też kupować gazet.

[Artykuł „Szczęśliwy jak Polak. Tak nam dobrze, tak źle” ukazał się w 14/2107 numerze Newsweeka]

Może Ci się również spodoba

6 komentarzy

  1. Robert napisał(a):

    Ostatnio zapoznawałem się z ustawą prasową i kodeksem etycznym dziennikarzy. Ciekawe konkluzje można z tego wyciągnąć. I tu proszę: od razu mamy przykład! Dziennikarz jest zobowiązany do powiadomienia swojego rozmówcy, że ma prawo do autoryzacji tekstu. Mając taką wiedzę, przed udzieleniem wywiadu ustalamy wstępne, uczciwe warunki współpracy. Zawsze wymagaj autoryzacji – inaczej zrobią z Ciebie kogoś, kimś niekoniecznie jesteś.

    • dychadziennie napisał(a):

      Kiedyś jak autoryzowałem wywiad to poziom odchyłu od sensu, o który mi chodziło był tak duży, że ostatecznie wywiad w ogóle się nie ukazał. Po prostu, tak działa „instytucja wywiadu” – przeinaczenia są zawsze, bo format (objętość tekstu, narracja, teza artykułu) muszą się zgadzać. Autoryzacja nie rozwiązuje problemu, bo chodzi też o obostrzenia (wymogi redakcyjne) ze strony mediów są określone. I tego się nie przeskoczy.

      • Robert napisał(a):

        Czyli być albo nie być – tylko jakim kosztem…

        • dychadziennie napisał(a):

          Kosztem czasu, który się poświęca na tłumaczenie jakiegoś sformułowania, które w druku wygląda inaczej. Np. jest tam zdanie: Nie śledzi tego, co się dzieje w kraju, nie chce się wkurzać. To zdanie wynika (prawdopodobnie) z pytania p. dziennikarki: czy mam telewizor, czy śledzę to, co się tam dzieje. Więc odpowiedziałem Pani, że dzień wcześniej trafiłem na relację dziennikarki TVN bis o węźle przesiadkowym, który ma powstać w Mszczonowie (to był moment kiedy mnóstwo memów było o tym, w zeszłym tygodniu). Śmieszki na antenie, że absurd po czym Pani dziennikarka nie potrafiła odmienić poprawnie Mszczonowa, bo nie wiedziała właściwie czy to Mszczonów czy Mszczonowo jest. Czyli śmiała się z jakichś działań, które mają być podjęte gdzieś tam, ale nawet nie znała kontekstu, w którym te ewentualne działania mają być ew. zrealizowane. Więc powiedziałem: jak mam mieć telewizję do oglądania takich dyletanckich relacji mediów to po co mi to, po co mam się wkurzać na to? Tymczasem w tekście wychodzi, że „pan bloger socjolog” jest ignorantem, nie świadomym nie-użytkownikiem telewizji. I co drugie zdanie jest takie (przynajmniej w tych akapitach, w których się wypowiadam). Moim zdaniem lepiej udzielać pisanych albo całkowicie mówionych wywiadów (np. w radiu). I to też z założeniem (wspomina o tym Chomsky np.), że nie będzie się ograniczonym do 15-20 sekund czasu antenowego. Drugi przykład: zadzwonił kiedyś Polsat, że robią materiał i czy bym im tam dwóch słów nie machnął do kamery: „5 minutek, Panie Jakubie, nie więcej”. Wyrwałem się z biura, ustawiliśmy się w takim miejscu, że kilkanaście metrów dalej chłopiec jeździł elektrycznym samochodzikiem. Gdy podjeżdżał do nas, było tak głośno, że materiał wychodził nie do puszczenia, więc finał był taki, że p. dziennikarz zadaje mi pytanie o zasadność infrastruktury miejskiej X, która kosztuje 60 mln zł i działa od 15 lat a ja mam 15-20 sekund, żeby mu na to pytanie odpowiedzieć (zanim chłopiec zrobi kółko i wróci z hałasem do nas). Więc na jakim poziomie może to być odpowiedź?
          Trzeci przykład: dzwoni facet, żebym przyszedł bo będzie dyskusja o monitoringu i że ja tam coś kiedyś naukowego robiłem (dostał telefon od mojego profesora) to coś powiem ciekawego na pewno. Więc przyszedłem (miałem wtedy innego bloga, pomyślałem, że będzie fajna reklama), w studio rzecznik prasowy komendy wojewódzkiej, dyrektor poważnego wydziału zarządzania kryzysowego i bezpieczeństwa i ja. Znałem tych ludzi, więc kulturalne dzień dobry, siadam i pierwsze pytanie do mnie: co pan myśli o kamerach, które kierowcy instalują sobie w autach dla rejestracji zdarzeń drogowych? I cała dyskusja o kamerkach w samochodach, gdzie kamery w samochodach = kamery w samochodach, a monitoring = monitoring. Więc łgałem na antenie i przez pół godziny starałem się nie wyjść na durnia.
          Nie sądzę, żeby moje doświadczenia w kontaktach z mediami były wyjątkowe, każdy – jak sądzę – ma takie perypetie przy udzielaniu wywiadów, więc tak wygląda codzienność dziennikarska. I biorąc nawet kilka takich przykładów i mając od drugiej strony p. Kowalskiego oglądającego telewizję i/lub czytającego gazety co otrzymujesz? Odbiorca dostaje takie snapshopy informacyjne i mu się potem wydaje, że po obejrzeniu wiadomości jest dobrze zorientowany w świecie.

  2. Baba Joga napisał(a):

    Cały artykuł jest taki jak pierwsze akapity ?
    (w takim razie nie będę specjalnie sie silic na zdobycie wersji elektronicznej :))

    • dychadziennie napisał(a):

      Jest krótkie zestawienie rankingu World Happiness Report, następnie wypisy z rozmów z ekspertami leczącymi śmiechem z Warszawy. Pod koniec przedstawiona jest cebulowa teoria szczęścia prof. Czapińskiego i wzmianka o jego przygotowywanej do druku „Psychologii Szczęścia”. Może ta książka będzie ciekawa, nie wiem. Jak kiedyś trafię na nią to przekartkuję i dam znak.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: