Wymyślili nam raj. O bezużyteczności romantycznych hollywoodzkich filmów


Gdyby zabrać się do dekonstrukcji filmów eksploatujących temat „miłości” w ich stylistykach od pornografii po komedie romantyczne i tak jak Derrida wyabstrahować czerwone dywany, poetykę uniżoności wobec i zachwytu mas nad aktorami-bóstwami, wyłączyć z analizy machinę finansowania i całość napięć generowanych przez infrastrukturalno-logistyczną obsługę branży przynależnej dziesiątej muzie i skupić się wyłącznie na samej fabule (tekście par excellence) skończyłoby się pewnie na wnioskach w okolicy stwierdzenia: większość światowego kina z jego przedstawianiem miłości to kłamstwo.

Kłamstwo to zresztą płynie wieloma nurtami, sączy się nam do oczu wartkim strumieniem okazjonalnych fabułek z początkującymi gwiazdkami dużego ekranu lub meandruje szerokim korytem zmeliorowanym splotem zdarzeń, z którymi może się utożsamić większa liczba odbiorców. W konsekwencji otrzymujemy jednak paradoksalnie nie historie zbieżne z konwencjonalnymi doświadczeniami, lecz spreparowane według autotelicznej estetyki i logiki, którą można w najgorszym razie podziwiać, w najlepszym – nieudolnie naśladować. Od gimnazjalnego Greya po głupkowate „Poradniki samodzielnego myślenia”. Od zasypanego klubową kokainą „Human traffic” po humanoidalnego „Wall-e’iego”. Historie przepadłych emocjonalnie nieudaczników z „Między słowami”, spranych zwykłością idiotów szukających sensacji i seksu w wielkim mieście, tożsamościowych impotentów pogubionych w nieprawdopodobnie skomplikowanej fabule mającej odzwierciedlać rzekome trudy rzeczywistości naszej i nasze niby zakochanie bez pamięci.

I te chwytające nie wiadomo kogo i za co wylizane marketingiem słów tytułowe okowy ulotności i straconych bezpowrotnie szans: „Dwa dni w Paryżu”, „Rzymskie wakacje”, „Przed wschodem słońca”, „Dwa tygodnie na miłość”, „Jak stracić chłopaka w 10 dni”, „500 dni miłości”. Te zglajchszachtowane opowieści o spotkaniu drugiej połówki, co urasta rangą jedynie do wynalezienia koła lub wybuchu supernowej. To epatowanie emocjonalnym pseudoorgazmem przy ukradkowym spojrzeniu, nurzanie w wosku świec rozmów o codziennym wstawaniu do roboty; restauracyjne entourage i dachy budynków ze stołami, z których nie zwiewa ni żarcia ni chusteczek, romantyczne kurtuazje nagle-spacerowych-ulic, na których normalnie nie słychać własnych myśli.

Wszystko to jest obok, zamiast i ułudne. Zdystansowane, protekcjonalne i spektakularne w swojej koncentracji na detalach: młodzieżowych bagatelach, biżuterii („Pretty woman”), doklejanych rzęsach i absurdalnym oswojeniu mezaliansu od „Dumy i uprzedzenia” zaczynając, zakochaną małpą o imieniu King Kong kończąc.

Tak, jakby w byciu z drugim człowiekiem chodziło wyłącznie o to, żeby wreszcie zacząć z nim być.

Sztaby makiawelicznych cwaniaków z USA wmawiających jednej-trzeciej świata, że miłość nazywa się Julia Roberts, która wiecznie ucieka sprzed ołtarza.

A równolegle, drugim nurtem pomyj, dopływem nieskażonym krztą uniwersalizmu płyną obliczone na sezonowość walentynkowe szmiry, sprofilowane pod grupy od feminolesbijek przez rocznik Jacka Nicholsona, po somatycznych, mimozowatych nadwrażliwców epopeje o drugim ja („Dziennik Bridget Jones”), ukrytych słabościach („Amelia”) lub obsesyjno-kompulsywnych zaburzeniach, za które odpowiedzialny jest wiek („Lepiej późno niż później”), otoczenie („Czekolada”), albo inna stratyfikacja społeczna („Pokojówka na Manhattanie”).

Zaprawdę powiada się nam w tych filmach: żyjesz w pojebanych czasach, a miłość to ziarno, które trafia się wyłącznie ślepym kurom.

Plus całe dorzecze Amazonii musicalowo-prefiguratywnej wrażliwości z zawoalowanym arsenałem edukacyjno-propagandowych socjotechnik w rodzaju American Pie części osiemdziesiąt cztery. Półtoragodzinne obiecanki ubrane w pompony, kategoryzacje postaci niemal wyłącznie według klucza przynależności do szkolnych grup pożenione z nabokowskim resentymentem tatusiowatych zboczeńców wywijających głowy za zseksualizowanymi gówniarami pragnącymi w rzeczywistości jedynie spaceru, buziaka i poczucia bliskości. Stabloidyzowanie niewinności naturalnej dla młodzieńczego wieku do boskich i durnych maczo skonfrontowanych z cherlawymi przykurczami w okularach. Klisza, skrót i stereotypy – cechy romantycznych filmów dla przedwcześnie dorosłych dzieci i wiecznie niedojrzałych dorosłych. Ach, gdyby tak móc tym socjologiczno-antropologicznym dyletantom ograniczonym w działaniu do doglądania majestatu sprzedażowych słupków udowodnić na liczbach jednoznaczny wpływ dziesiątek lat wizualnego szyderstwa na współczynnik rozwodów, zgwałconych dzieci, złamanych serc – psychologicznych rozterek i rodzinnych tragedii. Żerujące na tabu „American Beauty”, sugerująca żądze nie do opanowania „Sekretarka”, ujmująco niejednoznaczna „Casablanca”… Ćwierć przemysłu filmowego poszłaby siedzieć, z Disneyem i Reese Witherspoon na czele, z Hannah Montana za współudział.

Ale kochamy to programowanie naszej obyczajowości, prawda? Chwilowe uniesienia, zanim po wyjściu z kina poczujemy się jeszcze gorzej.

Więc gdzie te urzekające historie o tryskających energią i wyobraźnią dzieciach z Bullerbyn? Gdzie zwyczajne nastolatkowe historie o nieudanych pierwszych razach, filmowe pytania zadawane dorosłym w formie nie „czy kochać”, ale „jak kochać i dbać o to przez całe życie”? Gdzie fabuły z jednym dnem, bez klinkierowych ideologizacji, mniejszości seksualnych, emocjonalno-intelektualnych trójkątów? Odpowiedź brzmi: nie ma. I nie będzie. Do kiedy lekką pozostanie nieznośność naszego postbytu.

Jak genialnie potrafiły te francowate śmondaki, dzięki taśmie filmowej, nauczyć masy uczuciowego wyuzdania! Wszystkie „pieszczoty i wyznania”, kramarzenie przydługim pocałunkiem… świętym oburzeniem… monstrualne pomyje „Miłości”! – pisał Louis-Ferdinand Céline o Hollywood w 1931 roku.

Stary ten kotlet. I nic innego w tej spelunie raczej nie podają.

Może Ci się również spodoba

11 komentarzy

  1. IL napisał(a):

    a szwedzkie) kino jest interesujące. W ogóle Szwecja jest fajna
    Nu…a czemu tak myslisz?
    Pewna lwowianka, ktora opuscila Lwow jako dziecko,cale zycie wierzyla, ze Lwow, to jak raj. W koncu pojechala tam w odwiedziny. Wrocila rozczarowana…
    IL.

  2. psycholipies napisał(a):

    Zrobię wyjątek i oprócz polubienia coś napiszę. Większość ludzi tak naprawdę nie kocha drugiej osoby, tylko siebie. Swoją – jak to powiedział Niemiecki przy jakiejś popijawie – pierdoloną wizję na temat bliźniego, z którym dzielą łożę. I bardzo dobrze Twój tekst to podkreśla według mnie. Zauważyłem, że w tych czasach liczy się „nasza” dupa. Nie będę z nim dłużej, albo z nią dłużej, bo jest mi źle. Znajdę kogoś innego i będzie lepiej. Gówno prawda. To nie jest miłość.

    Filmy to podkreślają bardzo dobrze. Jakieś społeczne stereotypy, jak powinna zachowywać się nasza druga połówka itp.

    Nie, na tym miłość nie polega. Miłość polega na tym, że nawet jak nasza druga połowa cierpi i z czymś walczy, to jej nie zostawiamy. Walczymy razem z nią aby było dobrze, aby w pewnym momencie się przytulić i powiedzieć, że daliśmy radę, że zwyciężyliśmy i nadal się kochamy.

    Kurwa…. Powinienem z Piesełem urodzić się z 300 lat temu…

    • dychadziennie napisał(a):

      Tym bardziej doceniam wyjątkowość komentarza! Jedno tylko pytanie: naprawdę myślisz, że 300 lat temu było… „inaczej”, lepiej…? Czy sam fakt, że ludzie byli ze sobą do końca swych dni (nie znam współczynnika rozwodów z tamtego czasu) prowadzi do wniosku, że bardziej się kochali?

      • psycholipies napisał(a):

        Właśnie nie. To kłamstwa były, które tłumaczyły cechy społeczenstwa i tyle. Jestesmy zwierzakami i tyle. Proste. Miłość pojawi się tylko wtedy, gdy sami coś damy. BTW. religia ogranicza. Jak już sie na nią powoływać, to samemu studioować. Wystarczy zdanie, a ludzie myślą i robią swoje…

  3. Aśka napisał(a):

    No tak, ale mieszasz chyba dwie kwestie: komedii romantycznych i tzw filmów coming of age. Komedie romantyczne mają to do siebie, że przedstawiają w jakiejś konwencji (zazwyczaj głupowatej) „rozterki” ludzi, którzy szukają miłości. To się sprzedaje, bo większość ludzi szuka miłości. Jest to cukierkowe, schematyczne, wiadomo. Nie wyważam otwartych drzwi.

    Ale filmów coming of age (nie wiem jaki jest polski odpowiednik), o które wołasz gromko istnieją i mają się bardzo dobrze! Przykłady? Chociażby Juno, która jest opowieścią o miłości. O „niedorosłej” miłości, która nie jest w stanie udźwignąć dziecka. Inny przykład to Fish Tank, który jest filmem raczej o desperackim poszukiwaniu uczucia. Kolejny to Fucking Amal. To akurat film o lesbijkach, czyli „mniejszości seksualnej”, od której się odżegnujesz (dokładniej, wykreślasz w swoich kryteriach), chociaż moim zdaniem, miłość to miłość. Idąc tym tropem, Życie Adele, które też jest o lesbijkach świetnie spełnia Twoje wymagania, jeśli uchylić kryterium „mniejszości seksualnej”. To film, który właśnie odpowiada na pytanie „jak” kochać, a nie „czy”. Poszukiwanie tożsamości, rozpoczęcie wspólnego życia, dopasowywanie swojego świata i cała reszta, której nie chcę spoilować wydarzyć się może i u lesbijek i hetero. To wszystko tam jest. Trochę mniej ciekawym, ale w temacie jest „Perks of being wallflower”. I wiele, wiele innych, których teraz nie pamiętam. To w temacie miłości, w tym, powiedzmy, gatunku mieści się jeszcze wiele innych tematów.

    Można narzekać na idiotyczne komedie romantyczne, które trywializują miłość, ale to tak jak narzekać na McDonalds. Tak, są ludzie, którzy to jedzą, a kto choć raz po pijaku tam nie jadł, niech rzuci kamień. Ale myślę, że jest też dużo filmów, które pokazują (parafrazując tytuł książki, która była u nas w domu), „jak trudno być razem”. Są dwie strony medalu. I na koniec. American Beauty wbrew pozorom nie jest o pedofilii. Ułuda szczęścia, którą symbolizuje Angela dla głównego bohatera jest jego własną projekcją, z bezsensu której on sam zdaje sobie sprawę. Nie ma tam żadnego wygranego. To jest antykomedia nieromantyczna wręcz. Nikt nie jest tam szczęśliwy i nie będzie.

    Tym optymistycznym akcentem, pozdrawiam.

    • dychadziennie napisał(a):

      Moje znawstwo kina nie sięga głębiej niż powierzchowna orientacja w kilkudziesięciu tytułach i w zawartości rankingów the best of romantic/love movies, z których korzystałem klecąc powyższe zdania. Zniuansowywanie, chociaż bardzo cenne (z pewnością obejrzę Juno i Fish Tank – dzięki za nie!), jest dużo bardziej ambitne i eksperckie (coming of age – pierwsze słyszę np., dzięki i za to!) niż dość ogólne w zamierzeniu i uchwytujące jedynie ogólne trendy z możliwymi konsekwencjami społeczno-jakimiś podsumowanie. Moje zamierzenie wydaje się banalne, choć właśnie trywializacja narzekania na McDonald (tutaj: głupie filmy) jest – według mnie – potencjalnie szkodliwa. Mówiąc prościej, narzekanie na głupotę filmów jest powszechne nie dlatego, że to oczywiste, ale oczywiste dlatego, że powszechne. Stąd te klisze, uproszczenia i skróty też tutaj – żeby nie doprowadzić do dalszej trywializacji rzeczy – jak się wydaje – szkodliwych.
      W tym sensie, American Beauty (i projekcje głównego bohatera na temat młodej dziewczyny) jest właśnie „korytem zmeliorowanym splotem zdarzeń, z którymi może się utożsamić większa liczba odbiorców”. Bo to projekcja, którą w tej czy innej formie, miewa każdy. Więc chyba faktycznie „antykomedia nieromantyczna” toto jest…
      Dzięki za komentarz!

  4. Mieć Mniej napisał(a):

    Celna analiza. Połknęłam jednym tchem. Zgadzam się z wieloma tezami, właściwie ze wszystkimi… i tak sobie teraz myślę, że chyba właśnie dlatego zawsze bardziej przypadały mi do gustu skandynawskie dramaty 🙂

    • dychadziennie napisał(a):

      Nie jestem kinomanem, ale rzeczywiście (zwłaszcza szwedzkie) kino jest interesujące. W ogóle Szwecja jest fajna 😉

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: